niedziela, 27 października 2013

Nietrzeźwość umarła na poznańskiej

Cześć


   Po pierwsze: nie na poznańskiej
   Po drugie: nie umarła


   Wracałam z miasta i mijałam Pks. Na pierwszej, a może ostatniej ławce (zależy jakby patrzeć) leżał jakiś pan. Pan Pijak? Tak, był pijakiem i leżał na połowie ławki. Tak jakby usiadł i wtedy się po prostu położył, w sensie od połowy pleców wisiał poza ławką. Nikt na niego nie patrzył. Na każdej kolejnej ławce ktoś siedział, parami, osobno i w ogóle. Ale nikt go nie widział. Szłam chwilę i zerkałam na niego. W końcu stanęłam w miejscu i się gapiłam. Widziałam, że próbuje się podnieś przez lewe ramie, potem przez prawe, wciąż leży. I wciąż nikt go nie widzi. Wściekałam się chwilę, klnęłam na bezmyślnych ludzi, ubrałam kurtkę i pomaszerowałam. Podeszłam do niego, nie zważając na spojrzenia innych. Zerknęłam na niego i zapytałam czy pomóc mu jakoś. tak z trzy razy pytałam, był w totalnym amoku. Coś tam machnął ręką to złapałam go i próbowałam podciągnąć tak, żeby usiadł. Szło jakiś sześciu facetów. Dwóch bliżej mnie i Pijaka a reszta dalej i ta reszta do mnie: żeby go Pani zostawiła, że on tu tak codziennie. A ja na to: i co z tego, że codziennie? To mam mu pozwolić tu zdechnąć? Że nikt nie reaguje i takie tam dyrdymały (jeden powiedział: "Pani ma rację" - ale chyba był niepełnosprawny, tak ma być, że tylko osoby chore są w stanie przyznać mi rację?) Na to Panowie zapytali czy to mój wujek, i że jedyne co można zrobić to zadzwonić na straż miejską. Powiedziałam, że OK. Doprowadziłam go do stanu siedzącego i odeszłam włażąc z wściekłością w kałużę tak, że ochlapałam wszystko dookoła. I to nie prawda, że pod latarnią najciemniej. Bo centralnym punktem kałuży jest jej środek, prawda? Wlazłam tam i ochlapałam też siebie. Wróciłam do domu, wzięłam psy na dwór i zadzwoniłam na policję.
Pan powiedział, że OK, że sprawdzą to. Ja na koniec: "Dobrze, dziękuję. Do widzenia."

- Czy powinnam pożegnać się z funkcjonariuszem?

-Czy dobrze, że zadzwoniłam? Może nie powinnam dzwonić, bo po co? W sensie: może za dużo takich przypadków żeby za każdym razem dzwonić na policję.

-Nie wiem, nic nie wiem

Przepraszam za ton i rozgłos moich prostych myśli. Nie wiem co miałabym zrobić dobrego w takiej sytuacji, a nienawidzę być obojętna.

A Wy? Co byście zrobili w takie sytuacji? Co jest według was dobre?




karoślina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz